Choć od kilkunastu lat jej drzwi są zamknięte na głucho, starsi mieszkańcy Prus i okolicznych miejscowości do dziś wspominają zapach świeżo upieczonej chałki i chleba pana Gralikowskiego. To nie była zwykła piekarnia - to opowieść o pasji, bezkonkurencyjnym smaku i wielkim sercu człowieka, który swoim klientom potrafił oddać nawet własne śniadanie.
Każda miejscowość ma takie miejsca, które po latach wspomina się z nostalgią i uśmiechem na twarzy. To punkty na mapie, wokół których toczyło się codzienne życie całych pokoleń. Dla mieszkańców Prus oraz wielu okolicznych miejscowości takim symbolem przez dekady była lokalna piekarnia. Choć dziś unoszący się niegdyś wokół zapach świeżego ciasta drożdżowego i pieczonej skórki chleba ustąpił miejsca głuchej ciszy, pamięć o tym miejscu wciąż żyje. Przetrwała w opowieściach starszych mieszkańców, dla których wyroby pana Gralikowskiego były stałym, niemal świętym, elementem każdego poranka.
Pan Gralikowski, mistrz piekarniczego fachu, wypiekał chleb, który dla wielu stał się niedoścignionym wzorem. W czasach, gdy nikt jeszcze nie słyszał o gotowych mieszankach i sztucznych spulchniaczach, on polegał wyłącznie na własnych rękach, tradycyjnej recepturze i cierpliwości. Do Prus zjeżdżali klienci z całej okolicy. Codziennie przed budynkiem ustawiały się kolejki, a wyroby pana Gralikowskiego były po prostu bezkonkurencyjne. Ludzie kupowali pieczywo na zapas, nierzadko po kilka bochenków na raz, obawiając się, że ich zabraknie. Na półkach nigdy nic nie zostawało. Starsze pokolenie do dziś wspomina tę wyjątkową, chrupiącą skórkę i puszyste, pachnące wnętrze chleba. Jednak prawdziwą legendą, o której do dziś krążą opowieści, była niezwykle puszysta chałka. Była tak doskonała, słodka i idealnie zapieczona, że - jak z błyskiem w oku wspomina jeden z mieszkańców - nie trzeba było jej nawet niczym smarować. Nasz rozmówca potrafił zjeść całą, kęs po kęsie, jeszcze gorącą, ułamując kolejne kawałki prosto z papierowej torebki w drodze do domu.
Niezwykły smak wypieków szedł w parze z wrażliwym sercem samego piekarza. Pan Gralikowski myślał przede wszystkim o swoich klientach i o tym, aby na stołach w Prusach nikomu niczego nie brakowało, często zupełnie zapominając o własnych potrzebach. Dowodem na tę niezwykłą bezinteresowność jest poruszająca, rodzinna anegdota, którą do dziś z uśmiechem wspomina się przy naszym rodzinnym stole. Nieraz zdarzało się, że późnym wieczorem, gdy wokół panowała już ciemność, pan Gralikowski cicho pukał do drzwi mojej prababci. Stał na progu w swoim roboczym fartuchu i pytał z autentycznym zakłopotaniem w głosie: „Pani Tomczakowa, nie zostało pani może trochę chleba? Nie mam zupełnie nic na śniadanie na jutro dla siebie, bo wszystko, co do sztuki, sprzedałem ludziom...”. To najlepiej pokazuje, jak ogromnym wzięciem cieszyły się jego wyroby oraz jak wielką miał w sobie skromność. Piekarz oddawał lokalnej społeczności owoc swojej ciężkiej, całonocnej pracy, nie rezerwując dla siebie ani jednego bochenka.
Cały artykuł zamieściliśmy w 30 (1315) wydaniu Słowa Regionu.


































































Dodając komentarz przestrzegaj norm dyskusji i niezależnie od wyrażanych poglądów nie zamieszczaj obraźliwych wpisów. Jeśli widzisz komentarz, który jest hejtem, kliknij