Dla jednych „zośka” to zabawa znana z podwórka, dla innych – wymagająca dyscyplina sportowa, w której liczą się technika, precyzja, kondycja, koncentracja i lata treningów. Rafał Kaleta z gminy Strzelin należy do tych drugich. Reprezentant Polski w footbag freestyle ma za sobą kolejne wyjątkowe mistrzostwa świata. Tym razem najlepszych zawodników globu spotkał w Japonii, gdzie wywalczył srebrny medal w konkurencji Footbag Golf.
45. Mistrzostwa Świata w Footbagu odbyły się w dniach 10–15 sierpnia w hali Tsukuba Capio w Tsukubie, około godziny jazdy pociągiem od Tokio. W zawodach wystartowało ponad 100 zawodników z ponad 20 krajów. Polskę reprezentowało siedmioro zawodników, w tym Rafał Kaleta ze Strzelina. Dla biało-czerwonej ekipy były to wyjątkowo udane mistrzostwa. Każdy z reprezentantów Polski wrócił bowiem do kraju przynajmniej z jednym medalem. Rafał Kaleta stanął na podium w Footbag Golf. Do zdobycia srebra potrzebował zaledwie 16 uderzeń. Zwycięzca zakończył rywalizację z wynikiem 14, a brązowy medalista – 17. – Jestem szczególnie zadowolony z jednego dołka, który pokonałem w zaledwie dwóch uderzeniach. Pierwsze było perfekcyjne, długie kopnięcie, które wylądowało tuż obok dołka, a drugie było już tylko formalnością. Myślę, że właśnie ten dołek zapewnił mi medal – wspomina Rafał Kaleta.
Pozostał niedosyt
Choć srebro jest ogromnym sukcesem, zawodnik ze Strzelina przyznaje, że po pozostałych konkurencjach pozostał pewien niedosyt. Do Japonii pojechał bardzo dobrze przygotowany – zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Po raz pierwszy od czterech lat przygotowania nie były zakłócane przez poważniejsze kontuzje, co pozwoliło mu nabrać większej pewności siebie. Ostatecznie o wynikach zadecydowały jednak także taktyka, dyspozycja dnia i niezwykle napięty harmonogram. Rywalizacja freestyle rozpoczęła się dopiero w środę. Wcześniej zawodnicy mieli jeden dzień przerwy związany z japońskim świętem narodowym. Kiedy rozpoczęły się rozgrywki, część konkurencji została więc mocno skumulowana. Środę Rafał rozpoczął od Battle, czyli bezpośrednich pojedynków freestyle 1 na 1. Zawody rozgrywane były w systemie „loser bracket”, dzięki któremu zawodnik po jednej porażce nadal miał szansę dotrzeć do finału. Kaleta po trzeciej rundzie trafił do drabinki przegranych, a następnie musiał rozegrać jeszcze cztery pojedynki. Łącznie stoczył siedem walk – najwięcej spośród zawodników rywalizujących w kwalifikacjach. Ostatecznie przegrał walkę o strefę medalową i zakończył rywalizację na piątym miejscu. Z perspektywy czasu uważa, że udział w tak wyczerpującej konkurencji przy napiętym harmonogramie mógł mieć wpływ na jego dalsze występy. Kilkugodzinne granie kosztowało go bardzo dużo sił, a następnego dnia czekała go jego koronna konkurencja – Sick 3. Tym razem nie udało mu się wykonać żadnej kombinacji trzech tricków, która pozwoliłaby awansować do finału. – Myślę, że gdybym zachował siły dzień wcześniej, bez problemu bym tego dokonał, a w finale z pewnością powalczyłbym o medal, z dużymi szansami na złoto. Niestety, taki jest sport. Wyciągnąłem jednak wnioski na przyszłość i postaram się, żeby taka sytuacja się nie powtórzyła – mówi zawodnik.
Zawodnik ze Strzelina z flagą miasta pojawił się na podium
Czarny czwartek
Czwartkowe zmagania również nie ułożyły się po jego myśli. W Request Contest nie wszystko poszło zgodnie z planem, a Last Man Standing zakończył w okolicach piątego miejsca. W ostatniej tego dnia konkurencji, 2 Square, po zaciętej walce zajął drugie miejsce w grupie. Przegrał tylko jeden mecz, ale to nie wystarczyło do awansu do półfinału. – Można powiedzieć, że był to dla mnie czarny czwartek na mistrzostwach – podsumowuje z uśmiechem. Na tym zakończyła się jego rywalizacja sportowa. Pozostało kibicowanie, granie dla przyjemności oraz sędziowanie. Dzięki dużemu doświadczeniu Rafał został poproszony o sędziowanie finałów poszczególnych konkurencji. Z chęcią przyjął tę funkcję. Najważniejszy moment przyszedł podczas uroczystej dekoracji. Rafał Kaleta stanął na podium z flagą Strzelina. – To był piękny moment – przyznaje. Po dekoracji przekazał flagę na pamiątkę głównemu organizatorowi mistrzostw.
Rafał podczas mistrzostw
Japonia – podróż, która zostanie w pamięci
Sportowa przygoda była jednak tylko częścią japońskiej wyprawy. Podróż Rafała rozpoczęła się 7 sierpnia. Najpierw pociągiem udał się do Warszawy, skąd wieczorem poleciał do Pekinu. Po ośmiogodzinnym locie czekało go pięć godzin oczekiwania na kolejny samolot – tym razem do Tokio. Do stolicy Japonii dotarł 8 sierpnia około północy czasu lokalnego. – Zdecydowałem się na lot przez Pekin, mimo że był nieco droższy od lotu przez Bliski Wschód. Nie chciałem ryzykować z powodu niepewnej sytuacji politycznej i ewentualnego odwołania lotu, przez co mógłbym nie dotrzeć na mistrzostwa – tłumaczy. Pierwsze spotkanie z Japonią zrobiło na nim ogromne wrażenie. Już na lotnisku zauważył niezwykłą organizację i kulturę mieszkańców. Po wyjściu z klimatyzowanego terminala, doszło jednak do zderzenia z japońskim latem. – Było bardzo gorąco, a wysoka wilgotność sprawiała, że czuliśmy się jak w saunie parowej. Miałem wrażenie, że zamiast powietrza oddychamy gęstą zupą – wspomina.
Cały artykuł zamieściliśmy w 35 (1320) wydaniu papierowym Słowa Regionu.



















































































Dodając komentarz przestrzegaj norm dyskusji i niezależnie od wyrażanych poglądów nie zamieszczaj obraźliwych wpisów. Jeśli widzisz komentarz, który jest hejtem, kliknij