ZNAJDŹ NA STRONIE

 

Ojciec Marek Miławicki, dominikanin przez lata związany z Wrocławiem, od półtora roku mieszka w Kijowie. Na zaproszenie proboszcza parafii w Przewornie, ks. Tomasza Błaszczyka, przyjechał do Polski, gdzie głosił rekolekcje wielkopostne

Ojciec Marek Miławicki, dominikanin przez lata związany z Wrocławiem, od półtora roku mieszka w Kijowie. Na zaproszenie proboszcza parafii w Przewornie, ks. Tomasza Błaszczyka, przyjechał do Polski, gdzie głosił rekolekcje wielkopostne. Z duchownym rozmawiamy m.in. o alarmach przeciwlotniczych, codziennym życiu w stolicy Ukrainy, ludziach uczących się funkcjonować w realiach wojny, tzw. łapankach do wojska oraz o tym, czy do wojny można się przyzwyczaić.

 

Ojcze Marku, proszę krótko przedstawić się naszym czytelnikom.

– Pochodzę z pogranicza Mazur i Suwalszczyzny, wychowałem się w Gołdapi, blisko granicy z Rosją. Po maturze, w 1998 roku, wstąpiłem do zakonu dominikanów. Zajmuje się tam obecnie głównie nauką i historią zakonu, szczególnie terenami wschodnimi – dzisiejszą Ukrainą, Białorusią i Rosją. Przez dziesięć lat, od 2014 do 2024 roku, mieszkałem we Wrocławiu na Placu Dominikańskim, a od półtora roku przebywam w Kijowie.

To był Ojca wybór czy został Ojciec tam skierowany?

– Zostałem zaproszony. Już wcześniej, z racji moich zainteresowań naukowych, kilka razy w roku bywałem na Ukrainie. W Kijowie działa Instytut Nauk Religijnych św. Tomasza z Akwinu. Pojawił się pomysł, żeby w jego ramach stworzyć ośrodek badań historycznych. Zapytano mnie, czy byłbym zainteresowany. Oczywiście odpowiedziałem pozytywnie. Początkowo mój wyjazd planowany był na 2022 rok, ale po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny został zawieszony. W końcu jednak uznaliśmy, że sytuacja jest na tyle stabilna, że mogę wyjechać.

Jak wyglądało zderzenie z rzeczywistością po przyjeździe?

– Trzeba pamiętać, że dla Ukraińców ta wojna nie zaczęła się w 2022 roku. Oni mówią o wojnie od 2014 roku, a to, co wydarzyło się później, nazywają pełnoskalową wojną. Gdy przyjechałem, sytuacja była już inna niż na początku. Nie było już mowy o ataku na Kijów w sensie jego zajęcia czy okupacji, ale to nie znaczy, że nie ma zagrożenia. Ono po prostu przybrało inną formę.

Czy w Kijowie żyje się w ciągłym poczuciu zagrożenia?

– Wojna jest. Oczywiście, jest inna niż nasze wyobrażenia z historii. Nie ma okupacji, nie ma frontu na ulicach Kijowa, ale są naloty i alarmy. Czasami kilka razy dziennie. Bywają krótkie, ale bywają też długie i trwają po kilka godzin.

Co wtedy się dzieje?

– Dziś już niewiele. Ludzie trochę się do tego przyzwyczaili i reagują słabiej. Instytucje państwowe muszą reagować, bo taki jest przepis. Na przykład biblioteki czy urzędy przerywają pracę. Człowiek przychodzi do biblioteki, a tu alarm i koniec – albo idzie do schronu, albo wychodzi. Sklepy natomiast zazwyczaj już się nie zamykają. Kiedyś bywało inaczej, ale dziś ludzie po prostu starają się żyć dalej.

Czy mieszkańcy przyzwyczaili się do wojny?

– Do wszystkiego można się przyzwyczaić. A może lepiej powiedzieć: nauczyć się żyć. Myślę, że wiele osób nauczyło się funkcjonować w warunkach wojennych. Oczywiście, każdy chciałby, żeby było normalnie, żeby nie było alarmów, żeby wróciło podróżowanie samolotami. Ale codzienność wygląda tak, że ludzie chodzą do pracy, siedzą w kawiarniach, robią zakupy. Bo gdzie mają siedzieć? Muszą jakoś żyć.

Był moment, że myślał Ojciec o powrocie do Polski?

– Nie, ale dostałem wyraźną informację, że jeśli sytuacja będzie zbyt niebezpieczna, to mam wracać i nie narażać nikogo. Ale osobiście nie miałem takiego momentu, żebym chciał stamtąd wyjechać. Ja raczej nie mam natury panikarza. Powiem szczerze, że poza jednym przypadkiem nigdy nie zszedłem do schronu czy do piwnicy.

To odważne podejście.

– Nie wiem, czy odważne. Po prostu różni ludzie różnie reagują. Jeden z naszych braci bardzo przeżywa alarmy i schodzi do schronu. Inny raz tak spał, że nawet niczego nie słyszał. To zależy od człowieka, jego psychiki i zmęczenia.

Czy Ojciec był świadkiem bezpośrednich skutków ataków?

– Tak, choć nie jestem człowiekiem, który jeździ na miejsca zniszczeń i dokumentuje wojnę. Ale na przykład sto metrów od nas spadł fragment dużego drona typu Szahed. To było w lipcu zeszłego roku. Była trzecia w nocy, nie spałem jeszcze, bo często pracuję o tej porze. Słychać było wybuch, widać było światło… Ten dom do dziś stoi częściowo zrujnowany.

A codzienne życie? Czy są problemy z prądem, wodą, ogrzewaniem, żywnością?

– Żywności raczej nie brakuje. Z prądem bywało gorzej. W Kijowie były momenty, kiedy prądu nie było długo, zwłaszcza zimą. My akurat trochę mniej to odczuwaliśmy, bo mamy zasilanie z dwóch linii. Ale znam siostry zakonne, które mówiły, że przez 30 godzin nie miały prądu. Zimą. Były też problemy z ogrzewaniem, internetem i wodą. Jak nie ma prądu, to wszystko przestaje działać. Znam ludzi, którzy dochodzili do zdrowia po chorobie w mieszkaniu, gdzie było pięć stopni. To są rzeczy naprawdę trudne.

Jacy są dziś mieszkańcy Kijowa? Wojna ich zmieniła?

– Trudno mi to ocenić jednoznacznie, bo nie znam ich na tyle dobrze sprzed wojny. Myślę, że część ludzi na pewno się zmieniła. Wojna zawsze daje okazję, żeby być lepszym, ale też żeby być gorszym. Widać solidarność, ale widać też, że niektórzy próbują na wojnie coś ugrać dla siebie.

Czy wojna sprawiła, że ludzie częściej szukają Boga?

– Nie mamy żadnych statystyk, żeby to uczciwie ocenić. Słyszałem, że wśród wojskowych widać większą otwartość na sprawy wiary, ale nie chciałbym tego uogólniać. My jako katolicy jesteśmy tam mniejszością. W naszej wspólnocie na niedzielnych Mszach św. przewija się może około stu, stu dwudziestu osób w skali całego dnia. W katedrze jest więcej, ale trzeba pamiętać, że to nie Polska. Ukraina jest prawosławna.

Czy można powiedzieć, że wojna zmienia człowieka?

– Myślę, że tak, ale nie ma jednej reguły. Z perspektywy historycznej widać, że jedni stają się bardziej empatyczni, bardziej gotowi pomagać, a inni szukają tylko własnej korzyści.

Jak dziś Ukraińcy patrzą na przyszłość? Jest nadzieja na szybkie zakończenie wojny?

– Oczekiwanie zakończenia wojny oczywiście jest obecne. Ale większość ludzi chyba już nie wierzy, że stanie się to szybko. Były nadzieje związane z Donaldem Trumpem, ale one raczej prysły. Wydaje mi się, że Ukraińcy nie mają dziś wielkich złudzeń. Wiedzą, że nawet jeśli coś się zakończy, to niekoniecznie będzie to rozwiązanie korzystne dla ich kraju.

Czy w Kijowie odbywają się tzw. łapanki do wojska?

– Tak, to jest jeden z trudniejszych tematów. Mężczyźni często boją się wychodzić z domu, bo mogą zostać zatrzymani i wcieleni do wojska. W praktyce wygląda to tak, że dziś do armii trafiają głównie mężczyźni w wieku 45 plus, którzy mają już odchowane dzieci. Wynika to z takiego myślenia, że młodsze pokolenie powinno przeżyć i w przyszłości odbudowywać kraj. Problem polega jednak na tym, że wielu mężczyzn walczy już od kilku lat. Są na froncie po trzy, cztery lata i zwyczajnie nie mają już sił, a jednocześnie często nie ma kto ich zastąpić. Zdarza się, że są to osoby z poważnymi ranami. Słyszy się nawet o takich sytuacjach, że ktoś walczy dalej mimo poważnych obrażeń, np. bez jednej ręki, bo po prostu brakuje ludzi.

Oczywiście, są też tacy, którzy sami zgłosili się do wojska i walczą z przekonania, ale jest też grupa osób zmęczonych, które mają poczucie, że ten wysiłek nie ma sensu.

Tęskni ojciec za Polską?

– Na razie nie. Dopiero półtora roku tam jestem. Poza tym ja Ukrainę lubię i jeżdżę tam od 25 lat. Może Kijów był mi wcześniej mniej znany niż Lwów, ale to też jest miejsce, które z czasem staje się bliższe.

Czyli zostaje ojciec w Kijowie?

– Na razie tak. Tymczasem nie planuję wracać.

Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia w pracy duszpasterskiej i naukowej.

Wywiad zamieściliśmy w 13 (1298) wydaniu papierowym Słowa Regionu.

UWAGA!
Gdy liczba negatywnych głosów na dany komentarz osiągnie 15, zostanie on automatycznie ukryty, niemniej pokazywać się będzie przy nim opcja "kliknij, aby wyświetlić". Kiedy jednak dany komentarz osiągnie 20 negatywnych głosów, zostanie automatycznie wycofany z publikacji na stronie i już nikt nie będzie mógł go zobaczyć (poza administratorem strony).
Dodając komentarz przestrzegaj norm dyskusji i niezależnie od wyrażanych poglądów nie zamieszczaj obraźliwych wpisów. Jeśli widzisz komentarz, który jest hejtem, kliknij choragiewka875chorągiewkę i zgłoś swoje uwagi administratorowi.
Ukryj formularz komentarza

2500 Pozostało znaków


Przeczytaj także