Kiedy po raz pierwszy przekraczała próg Szkoły Podstawowej w Prusach, miała zaledwie 19 lat. Drobna, filigranowa, z krótkimi włosami bardziej przypominała uczennicę niż pracownika szkoły. Dziś, po 42 latach pracy w szkolnej bibliotece, pani Marzena Jędrzejewska przechodzi na emeryturę.
Praca w szkolnej bibliotece nie była jej planem. Po ukończeniu liceum podczas wakacji zastanawiała się, co dalej. Nie dostała się na wymarzone wychowanie przedszkolne. Konkurencja była ogromna – 26 osób na jedno miejsce. Egzaminy trwały pięć dni i wymagały różnych umiejętności – trzeba było między innymi śpiewać, recytować, tańczyć i rysować.
Wtedy koleżanka pracująca w szkole w Prusach, wspomniała jej o wolnym miejscu w bibliotece. – Powiedziała, żebym zapytała o tę posadę. Praca w szkole była wtedy taką nobilitacją. Nauczyciele cieszyli się szacunkiem, byli wykształconymi ludźmi – wspomina pani Marzena.
Tak rozpoczęła się historia, która trwała ponad cztery dekady. – To był przypadek, że tu trafiłam, ale po latach stwierdzam, że tak miało być. Przypadków jednak nie ma – podkreśla nasza rozmówczyni.
„Wyglądałam jak uczennica...”
Początki nie były łatwe. Pani Marzena musiała odnaleźć się w szkole i w pracy, o której wcześniej właściwie nic nie wiedziała. – Proszę sobie wyobrazić: ukończone 19 lat, filigranowa, króciutkie włosy. Wyglądałam jak uczennica klasy szóstej – wspomina ze śmiechem.
Uczniowie byli wówczas, jak zauważa, zupełnie inni także pod względem wyglądu. Chłopcy z ósmych klas byli wysocy, mieli już zarost, dziewczęta były fizycznie rozwinięte. – Niektóre osoby w ósmej klasie były ode mnie raptem dwa, trzy lata młodsze, bo były osoby, którym się bardzo w szkole podobało – wspomina z uśmiechem. – Dzieci w ogóle nie kojarzyły mnie z zawodem nauczyciela. Pierwsze dni były trudne, bo byłam bardzo młoda. Młodzież była zupełnie inna niż teraz – taka dojrzała psychicznie. Ja na ich tle, taki krasnoludek, musiałam wyglądać pociesznie – dodaje.
Do tego dochodziło poznanie pracy biblioteki. – Nie miałam wtedy zielonego pojęcia, jak wygląda praca w bibliotece – przyznaje pani Marzena, którą później skierowano na kursy i dodatkowe szkolenia.
Od szarych okładek do biblioteki online
Biblioteka, do której trafiła, wyglądała zupełnie inaczej niż dzisiaj. Pomieszczenie było ponure, a książki obłożone szarym papierem. – Księgozbiór był szary, ponury. Na dwóch regałach stała kolekcja dzieł Lenina, Marksa i Engelsa. Wyglądały przecudnie na tle tych szarych książek, bo były wykonane z takiej ekoskóry, miały czerwone okładki, złocone brzegi kart. To było przepiękne wydanie – wspomina nasza rozmówczyni. Na pytanie, czy ktokolwiek wypożyczał te książki, odpowiada krótko i z porozumiewawczym spojrzeniem: „Nikt nawet nie chciał na nie patrzeć”.
Nie było także dobrego oświetlenia. – Było tragiczne, więc można było sobie oczy zepsuć – mówi pani Marzena. Mimo skromnych warunków dzieci wypożyczały książki, które chętnie czytały, bo często w domu nie miały dostępu do książek. Początkowo księgozbiór powiększał się dzięki przydziałom. Dopiero po kilku latach pojawiły się zakupy finansowane z budżetu szkoły.
– Chyba w 1986 czy 1987 roku w księgarni w Strzelinie, w rynku, były przydzielane książki do bibliotek. Otrzymywaliśmy co dwa miesiące albo co miesiąc pulę książek do bibliotek szkolnych. One były finansowane z budżetu szkoły. Wtedy najwięcej książek pojawiało się w księgozbiorze – to były takie tłuste lata dla biblioteki – wspomina.
Przez lata zmieniła się również rola bibliotekarza. Kiedyś nie miał wpływu na to, jakie książki trafiają do biblioteki. Dziś może pytać uczniów o ich potrzeby i zainteresowania. Zmienił się także sposób wyszukiwania książek. Dawny katalog kartkowy zastąpił dostępny online katalog na stronie szkoły.
Nie tylko książki
Pani Marzena podkreśla, że praca bibliotekarza nie polega wyłącznie na czytaniu książek. – Trzeba lubić pracę z papierem, być cierpliwym, mieć umiejętności manualne, lubić pracę wielogodzinną w skupieniu, w ciszy. W bibliotece szkolnej trzeba być wielozadaniowcem. Samo lubienie książek nie wystarczy, bo w pracy bibliotekarza trzeba pilnować finansów, a czasem trzeba też dźwigać książki – wylicza.
Przez lata biblioteka stała się również miejscem rozmów. Dzieci przychodzą nie tylko po książki, ale także po to, aby komuś się zwierzyć. – Biblioteka to taki szkolny konfesjonał – mówi pani Marzena. – Dzieci wyżalają się na nauczycieli, koleżanki, na swój los – dodaje.
Wspomina też z uśmiechem, że od lat słyszy od pierwszoklasistów to samo pytanie: czy przeczytała wszystkie książki znajdujące się w bibliotece? – Odpowiadam ze spokojem: wyobraźcie sobie, że idziecie do apteki i pytacie panią w aptece, czy zjadła wszystkie tabletki, które sprzedaje. Albo pójdziecie do lekarza i zapytacie, czy chorował na wszystkie choroby, które leczy. Patrzą na mnie, nie rozumieją tego, choć są dzieci, które sarkazm wyczują. Więc tłumaczę, że nie mam takiego obowiązku – opowiada z uśmiechem pani Marzena...
Cały artykuł zamieściliśmy w 37 (1322) wydaniu papierowym Słowa Regionu.








































































Dodając komentarz przestrzegaj norm dyskusji i niezależnie od wyrażanych poglądów nie zamieszczaj obraźliwych wpisów. Jeśli widzisz komentarz, który jest hejtem, kliknij