ZNAJDŹ NA STRONIE

 

Na wyprawę po odrze w roku 2025 wyruszył jednoosobowym kajakiem. Był przygotowany znacznie lepiej niż na spływ Wisłą

Z Wiązowa na największą rzekę w Polsce – i to od razu samotnie, kajakiem, od źródeł aż po ujście. Brzmi jak historia z filmu, ale dla Wiązowianina Romana Dębosza to coś, czego chciał doświadczyć. Spotykamy się z nim, aby wrócić do tej wyprawy, która – jak sam mówi – była jego życiowym sprawdzianem.

 

Samotne spływy Wisłą i Odrą to wyprawa mojego życia, a pomysł narodził się we Wrocławiu, na Ostrowie Tumskim. Po pracy w wolontariacie u sióstr Elżbietanek siadałem nad Odrą i widziałem ludzi płynących kajakami. Pomyślałem, że może bym spróbował sam przepłynąć Wisłę. A Odra... ona była później – wspomina narodziny pomysłu.

Zaczęło się więc zwyczajnie – od obserwacji, ale u niego pomysł szybko zamienia się w działanie. – Ja mam coś takiego w życiu, że stawiam sobie plan. Wchodzę na szczyt, zdobywam go i myślę, co dalej. I tak było z Wisłą. Chciałem się sprawdzić fizycznie i psychicznie – mówi Romek Dębosz.

Jak podkreśla, taka wyprawa wymaga trzech rzeczy: czasu, kondycji i charakteru. – Czas można znaleźć, kondycję zrobić, ale twardego charakteru nie wyrobi się szybko. To trzeba mieć w sobie, bo żeby dziennie tyle płynąć kajakiem… Ja wstawałem o piątej rano. Najpiękniejsza pora nad rzeką. Mgły, cisza. Dwie godziny ostrej walki z wiosłem, przerwa i dalej. Schodziłem z kajaka o 18–19. Kilkanaście godzin dziennie, średnio po 45 kilometrów.

Pierwszy raz w kajaku… i od razu Wisła

Najbardziej zaskakujące było to, że nasz rozmówca – przed wyprawą… nigdy nie siedział w kajaku.

Romek, nie bałeś się takiej wyprawy, samotnie, w nieznane?

Ja nigdy w życiu w kajaku nie siedziałem. Śmiali się ze mnie, pytali: próbowałeś? Nie, ale wiedziałem, że dam radę – wspomina ze śmiechem.

Z tego, co wiem, to sprzęt kompletowałeś praktycznie od zera. Czy nie trafiły Ci się błędy?

– Owszem. Przede wszystkim miałem zły namiot – musi być nieprzemakalny. Ja miałem słaby i mokłem. Druga rzecz – worki foliowe. To był duży błąd, bo się dziurawią. Trzeba mieć specjalne worki kajakowe albo beczki. Do tego dochodziła kuchenka gazowa – absolutna podstawa na takiej trasie. Gorąca kawa czy herbata w deszczu i zimnie – to jest coś. Pierwsza kuchenka mi się zepsuła, ale spotkałem ludzi, mieli dwie i jedną mi pożyczyli – opowiada kajakarz.

Nie wszystko jednak da się przewidzieć...

– Tak. Już na początku straciłem ważny element wyposażenia – wózek do przenoszenia kajaka. Zgubiłem go drugiego dnia. Na zakręcie wystawał, zahaczyłem o jakąś gałąź i wpadł do wody. Próbowałem wyciągnąć, ale było za głęboko, a przenoski były codziennością – śluzy, zapory, przeszkody naturalne – opisuje Wiązowianin.

Na początku zabrał ze sobą zbyt dużo sprzętu i wybrał kajak dwuosobowy. – Myślałem, że trzeba wszystko brać. To głupota. Wystarczy kilka rzeczy, można je przeprać, wysuszyć. Dopłynąłem do Warszawy i kupiłem jedynkę. Od tego momentu płynąłem już sam, lżejszym kajakiem.

Zmiana przyszła w Warszawie

Największym zaskoczeniem dla naszego bohatera była sama rzeka. – My mamy wyobrażenie, że Wisła to wielka, głęboka rzeka. To nieprawda. Głęboka jest przy miastach, a poza tym… mewy stały na środku. Ona jest płytka, rozgałęzia się, trzeba wybierać kierunek płynięcia, aby nie szurać po dnie.

Pewnie często po takich mieliznach musiałeś ciągnąć kajak...

Były sytuacje, że przeciągałem go 200, 300, 400 metrów liną. Wisła, niestety, jest bardzo brudna. Nie widziałem, żeby ktoś się gdzieś kąpał. To nie jest też rzeka żeglugowa. Nie ma motorówek, żaglówek – nic.

Mimo tych utrudnień dziennie pokonywałeś sporo kilometrów... 

Średnio około 45 kilometrów. Były też dni po 60, ale były i takie po 20. Wszystko zależy od pogody i wiatru – opisuje warunki nasz rozmówca. 

Zapytany o obawy, odpowiada bez wahania: – Ja nie miałem obaw. Jestem twardym facetem. Wiedziałem, że dam radę.

Noclegi pod mostem i w stodole

Najciekawsze zaczyna się po zejściu z kajaka. Noclegi bywały bardzo różne. – Najbezpieczniej spało się pod mostami. Jak widziałem, że idzie burza, to szukałem mostu. Tam żadna ulewa nie zrobiła szkody. Ale były też sytuacje, które zapadły mi głęboko w pamięć. Jak ta pod Warszawą. Byłem zmarznięty, głodny. Poszedłem do gospodarzy, jeden, drugi – żaden nie chciał mnie przyjąć. W końcu trafiłem na człowieka. Mówię mu, jaka sytuacja. Najpierw się wahał, ale dał mi miejsce w stodole. To była piękna chwila. Powiedziałem mu: panie, uratował mi pan życie – wspomina. – Dał mi koce, zaprosił na kolację. Padało dalej, zostałem dwa dni. Śniadanie, obiad, kolacja. Do dziś wysyłamy sobie kartki na święta.

„To są inni ludzie”

Największym odkryciem nie była jednak rzeka, tylko ludzie mieszkający nad nią. – Ludzie nad Wisłą i Odrą są specyficzni. Oni są uczynni. Wołali mnie z daleka: chodź, mamy jedzenie, grilla. Kiedyś gotowałem parówki. Podjechało do mnie małżeństwo i kobieta mówi: pan tego nie będzie jadł. Pojechała rowerem do domu i przywiozła mi obiad. Jeszcze śniadanie na drugi dzień. To są piękne chwile, zapadające w pamięci.

Walka o życie i problem zakupów

Nie brakowało jednak momentów naprawdę groźnych. Najtrudniejszy przyszedł na zalewie przed Włocławkiem. – Złapała mnie burza na środku. Metrowe fale, wichura. Pół godziny walczyłem, żeby dopłynąć do brzegu. W normalnych warunkach zrobiłbym to w 10 minut. Jak wyszedłem na brzeg, to leżałem bez sił. Była też noc jak z filmu. Burza o 22, drzewa się naginają, ciemno jak w horrorze Hitchcocka. Miałem wrażenie, że jakieś zło się zbliżało. Ale pomyślałem o tym, czym się w życiu kieruję, i niepokój minął – przypomina trudną noc Romek Dębosz. Choć nie przestało padać i wiać, przetrwał ją do rana, przykryty fragmentem namiotu.

Ta pierwsza wyprawa Wisłą okazała się nie tylko próbą siły, ale też spotkaniem z ludźmi, których – jak sam mówi – na co dzień się nie spotyka.

Choć wyprawa była dokładnie zaplanowana, nie brakowało codziennych wyzwań, o których rzadko się mówi. Jednym z nich było choćby zaopatrzenie. – Zakupy robiłem praktycznie co drugi dzień. Miałem plecak, wychodziłem do sklepu, a kajak musiałem zostawić w bezpiecznym miejscu – wspomina.

I właśnie to „bezpieczne miejsce” bywało problemem. Sprzęt, od którego zależała cała wyprawa, trzeba było zostawiać bez nadzoru. – Miałem taką sytuację koło Grudziądza. Zostawiłem kajak przy brzegu i poszedłem spać jakieś 15 metrów dalej. Rano wracam, a wiosło i kamizelka odrzucone w krzaki. Ktoś tam był. Wtedy człowiek zaczyna się zastanawiać, czy ktoś nie spuści kajaka na wodę – opowiada.

Roman Dębosz podczas swoich nocował tam, gdzie dopłynął. Często na piaszczystych plażachRoman Dębosz podczas swoich nocował tam, gdzie dopłynął. Często na piaszczystych plażach

Dlatego z czasem wypracował własną metodę. – Szukałem miejsc na biwak pół kilometra, czasem kilometr za miejscowościami. Tam już nie było ludzi, sklepów, tego całego ruchu. Było spokojniej – tłumaczy. Jak sam przyznaje, szybko zrozumiał coś, o czym często mówią doświadczeni podróżnicy. – Człowiek się nie boi zwierząt. Nie bałem się dzików czy wilków. Największą niepewność daje drugi człowiek – dodaje.

Mimo tych trudności, po 20 dniach dopłynął do celu – Zalewu Gdańskiego.

Cały artykuł zamieściliśmy w 19 (1304) wydaniu papierowym Słowa Regionu.

 

UWAGA!
Gdy liczba negatywnych głosów na dany komentarz osiągnie 15, zostanie on automatycznie ukryty, niemniej pokazywać się będzie przy nim opcja "kliknij, aby wyświetlić". Kiedy jednak dany komentarz osiągnie 20 negatywnych głosów, zostanie automatycznie wycofany z publikacji na stronie i już nikt nie będzie mógł go zobaczyć (poza administratorem strony).
Dodając komentarz przestrzegaj norm dyskusji i niezależnie od wyrażanych poglądów nie zamieszczaj obraźliwych wpisów. Jeśli widzisz komentarz, który jest hejtem, kliknij choragiewka875chorągiewkę i zgłoś swoje uwagi administratorowi.
Ukryj formularz komentarza

2500 Pozostało znaków


Przeczytaj także