Nie wszyscy mile wspominają lany poniedziałek. Wiele osób mówi o strachu na ulicach i przykrym doświadczeniu oblewania wodą. Czy zanika tradycja wywodząca się ze słowiańskich obrzędów ludowych?
Tradycja oblewania wodą ma zapewniać zdrowie, urodzaj i płodność, a także jest sposobem na pożegnanie zimy. W religii chrześcijańskiej oznacza radość ze Zmartwychwstania. Śmigus pierwotnie oznaczał uderzanie rózgami albo palmą. Dawniej był zwyczaj smagania panien po nogach witkami, gałęziami i polewania wodą dopóki dziewczyna nie złożyła okupu. Z biegiem lat tradycja przybrała różne formy. W latach 90. na ulicach pojawiały się watahy młodzieży, które oblewały wiernych wychodzących z kościoła.
– To był dramat. Chuliganeria atakowała ludzi wychodzących po nabożeństwie. Nie było wyjątków – oblewano staruszków i młode dziewczyny. Świętowanie kończyło się pościgami radiowozem po osiedlach. W trakcie dochodziło do bójek – opowiada Sylwester Niemirski z ulicy Kopernika w Strzelinie.
Zdaniem mieszkańców strach było wyjść z domu. Bandy wyrostków uzbrojonych w wiadra bezlitośnie atakowały wszystko, co się rusza.
– Trzeba było uważać na dowcipnisiów, którzy z czwartego piętra rzucali plastikowe woreczki napełnione wodą. Mało kto pomyślał, że taki woreczek rzucony z wysokości ma potężną siłę rażenia. Na mszę przychodzili kompletnie przemoczeni ludzi – relacjonuje pani Agata, która mieszka w centrum.
Ostatecznie dyngusiarzy ścigała po ulicach policja. Rekwirowano kubełki, smoczki gumowe i inne zabawki do polewania wodą. Funkcjonariusze przypominali, że prawo nie może dopuszczać chuligańskich zachowań.
– Śmigus-dyngus nie zwalnia nikogo z myślenia i odpowiedzialności. Oblewanie wodą może wyczerpać znamiona wykroczenia z art. 51. Kodeksu wykroczeń. W tym przypadku za zakłócenie spokoju i porządku publicznego może grozić kara grzywny wymierzona w drodze postępowania mandatowego w wysokości nawet do 5 tys. zł – grzmiał ówczesny wojewódzki komendant policji.
Obecnie tradycja oblewania się wodą wygasa. Sporadycznie na mieście można spotkać dzieci z pistoletami na wodę czy butelkami. Ich działania rzadko podchodzą pod chuligańskie wybryki. Zazwyczaj w godzinach porannych jest pusto na ulicach. Około godziny 12 widać ludzi wracających z kościoła. Ci, którzy doświadczyli dyngusowej zabawy wtedy, kiedy była ona u szczytu świetności, raczej za nią nie tęsknią.
Jak wspominają śmigusa-dyngusa mieszkańcy? Co najbardziej utkwiło im w pamięci?
Wiesław Engiel, emeryt
– Niestety, bywało dość agresywnie. Nieraz byłem przemoczony do suchej nitki. Mam w sumie wesołe wspomnienia, bo byłem bardzo młody. Zapamiętałem jednak tragiczne zdarzenie. W latach osiemdziesiątych w Strzelinie wiadro z wodą wyleciało z górnego piętra. Młody człowiek chciał zrobić dyngusa, ale naczynie wypadło mu z rąk. Spadło na mężczyznę, który doznał uszkodzenia kręgosłupa i został kaleką do końca życia.
Anna ze Strzelina
– Pamiętam tradycję jeszcze z Przemyśla. Nie odczuwałam, aby była jakaś agresja. W dawnych latach się o tym nie myślało. Zabawa to zabawa. Jednak budzenie wodą w lany poniedziałek nie było fajne. W latach 70. i 80. chuliganeria wykorzystywała tradycję i lali bez opamiętania.
Cały artykuł zamieściliśmy w 13 (1298) wydaniu papierowym Słowa Regionu.









































































Dodając komentarz przestrzegaj norm dyskusji i niezależnie od wyrażanych poglądów nie zamieszczaj obraźliwych wpisów. Jeśli widzisz komentarz, który jest hejtem, kliknij