Trzy lata, tysiące kilometrów w powietrzu i setki pasażerów. Denis Białkowski, steward ze Strzelina, który obecnie mieszka w hiszpańskiej Maladze, opowiada o swojej pracy, trudnych egzaminach, ataku agresywnego pasażera i o tym, dlaczego loty do Polski są dla niego jak powrót do domu.
Zacznijmy od początku. Jak zostałeś stewardem i czy zawsze chciałeś to robić?
– Chodziłem do gimnazjum dwujęzycznego w Strzelinie. Wiedziałem, że w przyszłości chcę robić coś związanego z językami obcymi. Zastanawiałem się, co by to mogło być i wpadł mi do głowy zawód stewarda. Oglądałem filmiki na YouTubie, jak wygląda ta praca. Pomyślałem, że spróbuję. Po szkole średniej zaaplikowałem do Ryanaira. Odezwali się do mnie i dostałem propozycję pracy z bazą w Maladze. Najpierw miałem sześciotygodniowy trening. Pięć tygodni to czysta teoria i dużo nauki – procedury bezpieczeństwa i pierwsza pomoc: gaszenie pożarów, co robić, jeśli dojdzie do porodu na pokładzie, czego nie robić na pokładzie, co w przypadku lądowania na wodzie itp. Żeby zdać kurs, trzeba mieć co najmniej 90% na wszystkich egzaminach. Po kursie mieliśmy tzw. „wing ceremony” – dostaliśmy pierwsze uniformy, był czas na świętowanie, a kolejnego dnia wizyta w bazie. Tam dostaliśmy szczegółowe informacje, m.in. o której godzinie są raporty, gdzie mamy się spotykać, jak wygląda dzień pracy.
Jak długo wykonujesz tę pracę?
– Jestem stewardem już trzy lata. To są moje dwa ostatnie tygodnie w Ryanairze i przechodzę do norweskiej linii lotniczej. W nowej pracy będę miał naprawdę dobre warunki. Linia, w której obecnie pracuję, to super linia na start. Mamy zniżki na loty dla siebie, rodziny, znajomych. W Ryanairze zazwyczaj lecimy i wracamy tego samego dnia. Nocowanie w danym miejscu jest tylko wtedy, kiedy samolot się zepsuje albo pogoda nie sprzyja. W nowej linii bazę także będę miał w Maladze, ale mogą mnie np. na kilka dni wysłać do Oslo. Będę miał także zniżki nie tylko na moją linię lotniczą, ale także na inne.
Czy swoją przyszłość także łączysz z lataniem? Może chciałbyś usiąść za sterami samolotu?
– Myślę, że to taki zawód, w którym trzeba zostać. Nie wyobrażam sobie teraz, żeby miał pracować na ziemi. Latanie to takie odcięcie się od rzeczywistości, nie ma zasięgu – jedyne, co masz to pasażerów i załogę. Odpowiadając na pytanie, nie chciałbym być pilotem. Lubię swoją pracę i kontakt z ludźmi. Nie wyobrażam sobie być przez cały lot zamknięty w kokpicie.
Czy trzeba mieć jakieś konkretne predyspozycję i co trzeba umieć, żeby pracować jako steward? Wiem, że angielski powinien być na wysokim poziomie...
– Tak, to prawda. Egzamin z języka angielskiego mamy jeszcze przed rozmową z rekruterem. W linii, w której pracuję aktualnie, nie można mieć żadnych tatuaży w widocznych miejscach. Musimy też mieć zaświadczenie o niekaralności z każdego kraju, w którym mieszkaliśmy. Trzeba też umieć pływać.
Jak wygląda egzamin z pływania?
– Jesteśmy na otwartej wodzie, rzucają nam kamizelki ratunkowe, musimy je na siebie założyć, napompować i przetransportować kolegę z kursu na drugi brzeg. Tam jest dmuchany materac, na który trzeba wskoczyć i wciągać ludzi z wody. Te ćwiczenia i egzamin to było fajne przeżycie. Przed rozpoczęciem pracy mamy też kompleksowe badania krwi, konsultacje m.in. z okulistą czy psychologiem. Wyniki muszą być bardzo dobre, bo wiele chorób i dolegliwości uniemożliwia podjęcie pracy. Znam dziewczynę, która nie dostała się właśnie przez problemy z żołądkiem.
Jakie masz obowiązki podczas lotu?
– Najważniejsze to być na czas. Jeśli ktoś z ekipy się nie zjawi, to mogą być opóźnienia, a wtedy linia płaci gigantyczne kary. Spotykamy się więc 45 minut przed planowanym wylotem. Mamy raport przy bramce i wchodzimy do samolotu. Tam sprawdzamy czy mamy gaśnice, dodatkowe pasy, apteczki, defibrylator, wystarczającą ilość butli z tlenem i wody dla pasażerów. Sprawdzamy toalety i pod siedzeniami czy nikt niczego nie schował. To jest pierwszy kontakt z samolotem po ekipie sprzątającej. Nigdy nie wiadomo, czy ktoś czegoś nie podrzucił, więc musimy wszystko sprawdzić. Sprawdzamy też czy wszystko działa.
Przed lotem musimy zdać jeszcze taki jakby egzamin – szef pokładu zadaje pytania, dotyczące bezpieczeństwa, ochrony i pierwszej pomocy. Jeśli odpowiemy źle, możemy nie polecieć, więc trzeba być zawsze przygotowanym.
Następnie zaczynamy boarding [wejście na pokład – red.]. Pasażerowie wchodzą do samolotu, zamykamy schowki nad głowami, przechodzimy do zbrojenia drzwi, przedstawiamy zasady bezpieczeństwa. Po tym sprawdzamy rzędami czy pasażerowie zapięli pasy, czy okna są odsłonięte, a podłokietniki opuszczone. Idziemy na swoje fotele i przekazujemy informacje szefowi pokładu, że wszystko jest gotowe do startu. Po starcie kapitan „wypuszcza” najpierw załogę, żebyśmy mogli się przygotować do serwisu, w Ryanairze dużo sprzedajemy, mamy więc serwisy z napojami, przekąskami, perfumami i zdrapkami. Po lądowaniu i wyjściu pasażerów musimy także sprawdzić samolot.
Czy było coś, co zaskoczyło Cię w tej pracy?
– Między innymi to, że jako załoga możemy przewozić dowolną ilość płynów w bagażu podręcznym. Zaskoczyło mnie też to, że tak dokładnie jesteśmy sprawdzani przed podjęciem pracy – te zaświadczenia o niekaralności to jedno, ale też są sprawdzane nasze poprzednie miejsca pracy. Musimy również przestawić list rekomendacyjny ze szkoły. Inną kwestią jest to, że w pracy czas leci bardzo szybko. Dla przykładu, mamy lot czterogodzinny Malaga – Oslo, a ja czuję jakby minęło góra 30 minut. Cały czas coś się dzieje.
Które trasy lubisz najbardziej?
– Najbardziej lubię loty do Polski. Mogę wtedy porozmawiać z pasażerami i poczuć się trochę jak w domu.
A często to się zdarza?
– Niestety loty do Polski mam bardzo rzadko. Moi znajomi robią sześć lotów do Polski w miesiącu, a ja raz na pół roku. To zależy od grafiku. W Maladze mamy 450 członków załogi, a Polaków jest może sześciu, więc kiedy robię loty do Polski, to zazwyczaj jestem jedynym Polakiem na pokładzie. Wiem, że to będzie dzień pełen rozmów i zapowiedzi po polsku.
Latanie staje się coraz bardziej powszechne, jednak wciąż są osoby, które bardzo boją się wsiąść na pokład samolotu. Co byś poradził takim osobom i czy często trafiają się na pokładzie wystraszeni pasażerowie?
– Widać po ludziach, kto się stresuje. Wtedy podchodzimy do takiej osoby i rozmawiamy, to chyba najważniejsze. Miałem kiedyś pasażerkę, która weszła na pokład, ale powiedziała, że nie może lecieć, bo się boi i musi wyjść. Próbowaliśmy ją przekonać, pocieszyć, ale się nie udało – była bardzo zestresowana, cała się trzęsła, więc pomyśleliśmy, że lepiej dla niej, żeby nie leciała. Ludzie chyba najbardziej obawiają się turbulencji – tego, że coś się wtedy stanie. Prawda jest taka, że jest większe prawdopodobieństwo wypadku podczas jazdy na lotnisko niż podczas samego lotu. Zawsze mówię też pasażerom, którzy się boją, że mamy pilota, który ma dzieci w domu i chce do nich wrócić, więc na pewno nie będzie chciał, żeby coś złego się stało.
Cały artykuł zamieściliśmy w 1 (1286) wydaniu papierowym Słowa Regionu.



























































Dodając komentarz przestrzegaj norm dyskusji i niezależnie od wyrażanych poglądów nie zamieszczaj obraźliwych wpisów. Jeśli widzisz komentarz, który jest hejtem, kliknij